wtorek, 29 października 2019

W Obronie Krytyka Wewnętrznego

Krytyk Wewnętrzny nie ma dobrej prasy. Powiedziałabym raczej, że wiele osób chce się go pozbyć. Jest to zrozumiałe, gdy nic nie można zrobić bez automatycznego głosu w głowie, że jest się niewystarczającym. Można ten głos nazwać Krytykiem Wewnętrznym, po czym oskarżać go i...krytykować. A potem odrzucić. Tylko do czego może to doprowadzić?


Scena 1
Telewizyjny konkurs wokalny, jakich wiele. Przychodzi człowiek, który dużo ćwiczył, by móc pokazać się przed jurorami. 18 miesięcy pracy, wiele wiary w siebie. Od pierwszego ruchu i wyśpiewanego dźwięku wrażenie mija. Widownia w śmiechu, wśród jurorów zadziwienie i obrzydzenie. Mimo to starają się łagodnie przekazać mu, że wybrał niewłaściwą drogę. Reaguje atakiem twierdząc, że jedna z jurorek śpiewa gorzej od niego.


Ciągła autokrytyka może bardzo niszczyć. Samemu sobie wyrządza się w taki sposób ogromną krzywdę. Ale czy bez jakiejkolwiek autokrytyki żyłoby się lepiej? Bez zauważenia, że coś robię źle mogę w kółko robić te same błędy. Albo gdy nie zobaczę, że nie mam co liczyć na jakieś rozwiązanie, nie zacznę szukać nowych sposobów działania. Trzymając się na siłę pewnego zachowania mogę stracić pewność siebie i przerobić ją na arogancję.



Scena 2
Dwoje ludzi, którzy znają się od niedawna rozpoczynają rozmowę. Mężczyzna opowiada o swojej złości, kobieta dodaje swój punkt widzenia. Dostaje za niego oburzenie i pouczenie, że nic nie rozumie, bo przecież kobiety i mężczyźni mają inne emocje. Dodaje sarkastycznie „a co, może jesteś psychologiem?” Gaśnie, gdy słyszy odpowiedź „tak”.


A co by było gdyby Krytyk Wewnętrzny głosił nam konstruktywną krytykę? Gdyby ta autokrytyka nie miała formy „jesteś głupi, nic z ciebie nie będzie”, ale „to nie wyszło, pomyśl co z tym teraz zrobić”? Co by było gdybyśmy usłyszeli od niego, że tym razem nie mamy racji i posłuchali kogoś kto się zna na temacie? Albo przyjęli, że mamy opinię, a ktoś ma inną i oboje jesteśmy ok? Dobrze byłoby gdybyśmy po takiej autokrytyce nie wyładowywali złości na kogoś, kto poruszył w nas coś ważnego. Ciekawe, jak wtedy wyglądałyby nasze rozmowy.

Ale tego wszystkiego nie będzie, jeśli wytniemy z naszego życia Krytyka Wewnętrznego. Może jednak może nam pomóc?






sobota, 26 października 2019

Zmęczona radość

Kolejny słoneczny dzień. Liście w ciepłych kolorach, miękki kocyk na łóżku, herbata z goździkami i pachnące kartki wspaniałej książki. Tak. Podobało mi się. Tak. Potrzebuję odpocząć.

Mam na imię Radość i potrzebuję odpocząć. Dziwicie się?

No tak. Bo Wy to możecie narzekać i możecie być zmęczeni, a ja to niby nie? Pewnie gdybym zmęczona nie była, to nie paplałabym takich rzeczy. Wrrrr… Zamieniam się we frustrację, więc się wygadam, a co!

Po pierwsze, czy każdego dnia to ja muszę być na posterunku? Nie możecie przeżyć choć jednego dnia z lekkim smutkiem? Nie mówię, żeby się zamartwiać i przeżuwać stare porażki, ale kolega Smutek ma teraz znacznie więcej siły ode mnie i nawet twierdzi, że może Was czegoś nauczyć, tylko ciągle go odpychacie. Więc dalej jest smutny i dalej się dokształca, więc może go posłuchajcie choć raz i dajcie mi wolne, coooo?




Po drugie, wiem, że to takie nietypowe, że pod koniec października temperatura jest wrześniowa, ale czy zawsze musicie uzależniać nastrój od pogody? To jakiś terror dobrego humoru, że jak fajna pogoda, to trzeba się cieszyć? Ja tam lubię czasem wywołać uśmiech w pochmurne dni, więc może dopuśćcie w te słoneczne choć na chwilę do siebie złość? Ona też ma w sobie energię, nawet większą niż ja. A jak ją tłamsicie, to tak mocno narzeka, że i ja zaczynam. Sami widzicie, co narobiliście.

Po trzecie, muszę wyczyścić te różowe okulary, które Wam zakładam, a przydałoby się czasem spojrzeć na świat dużymi oczami Strachu. Temu kolesiowi serio na Was zależy. No i wstrętowi. Ten to jest niezły gość, bo nie tylko wykrywa trucizny w jedzeniu, ale i w relacjach. A obiło mi się o uszy, że nie chcecie toksycznych relacji. No więc jak? Przyjmiecie ich, jak do Was zapukają?

Wygadałam się i już mi lepiej. Choć gdybym mogła oddać ster moim przyjaciołom, to byłoby mi jeszcze raźniej. No bo wiecie – nie tylko mnie zatrudniła matka natura, inne emocje też są spoko.

To jak? Dacie mi urlop choć na kilka chwil każdego dnia i nie będziecie przymuszać do pracy, kiedy to nie ja jestem Wam potrzebna? Obiecuję, że nie ucieknę!

wtorek, 22 października 2019

Pytania dzieci

- A jaki dżem lubi wiertarka? - Krystian pociągnął mamę za sweter.
- Wiertarka? - popatrzyła się na niego ze zdziwieniem.
- No wiertarka – chłopiec tylko mrugnął oczami – Wiertarki nie lubią dżemu tak, jak ja?
- A wiertarki coś jedzą? - mama kucnęła i przyglądała się synowi. Ze wszystkich sił starała się nie roześmiać.
- No, jedzą. Chryzantemy na przykład!
- A skąd wiesz takie rzeczy? - przysunęła chłopcu i sobie krzesła. Patrzyła na niego zdumiona.
- No Arek mi tak powiedział – wspiął się na krzesło – A jemu Filip. Ten z da… daboru?
- Taboru cygańskiego? - uśmiechnęła się delikatnie
- Tak… - chłopiec spuścił wzrok i zamyślił się. Mama wpatrywała się w niego z uśmiechem.
- Ale to w sumie wydaje mi się dziwne, żeby wiertarki jadły chryzantemy albo dżem – zaczął bawić się palcami – Ja bym raczej powiedział, że wolą twarde rzeczy. Na przykład kamienie lub kasztany.



sobota, 19 października 2019

Kategoria bloga: Wsłuchaj się w emocje

Moja relacja z emocjami ma różnorodną historię. Bywało tak, że chciałam niektóre z nich schować. Myślałam, że to będzie dobre dla moich bliskich. Dostawałam komunikaty, że niektórych uczuć mam się wyrzec. Pewnie to było dla kilku osób wygodne. Chowanie ich głęboko i wyrzekanie się ich obecności nigdy mi jednak nie wychodziło.

W toku wielu doświadczeń uznałam, że muszę zaakceptować, że emocje są i jakoś je znieść. „Muszę” i „znieść” to adekwatne słowa. Chowając pewne emocje, pewne części mnie przed ludźmi – chowałam je też przed sobą. Chciałam przestać. Tylko chciałam to zrobić zmuszając się i na siłę przyjmując pewne stany, których jednocześnie nie akceptowałam.

Czyli akceptowałam i nie akceptowałam jednocześnie. Nietrudno się domyślić, jak się to kończyło. Baniem się lęku, byciem złą na siebie z powodu złości, obwinianiem się z powodu poczucia winy. Generalnie – nie polecam.

Teraz emocje traktuję jak cenne drogowskazy. Staram się w nie wsłuchiwać i traktować poważnie to, co od nich słyszę. Nie zawsze idę za impulsem, który podpowiadają, ale staram się go poczuć. Chcę je widzieć, słyszeć i czuć. I ufać im coraz bardziej, bo doświadczam tego, że bez nich życie jest mniej barwne. Każda z nich jest dla mnie wartością samą w sobie i cennym darem w kontakcie ze sobą, ludźmi i światem.

Czuję. Oddycham. Rozmyślam.

I piszę o tym w miejscach oznaczonych kategorią „wsłuchaj się w emocje”.



wtorek, 15 października 2019

Dlaczego nie umiem odpowiedzieć na pytanie „o czym piszesz?”

„O! piszesz książkę! A o czym?” To pytanie słyszę prawie za każdym razem, gdy przyznaję się do pisania. Kolejne zdziwienie pojawia się, gdy mówię, że to powieść. Pewnie dla niektórych bardziej oczywiste byłoby, gdybym powiedziała, że to dłuższa rozprawa naukowa. Kolejne pytania stają się coraz bardziej problematyczne. Czy odpowiadając na nie mam streścić fabułę? Opowiedzieć o bohaterce? A może stwierdzić, że jest to historia o dojrzewaniu osobowym czy kryzysie tożsamości? Czy to oddaje to, o czym piszę? Nie do końca. A o czym piszę?
W zasadzie nie potrafię wyrazić tego jednym zdaniem. Nie tylko dlatego, że trudno oddać w paru słowach czyjąś historię. (Próbowaliście w dwóch zdaniach opisać kilka przełomowych miesięcy swojego życia? Prawda, że to trudne?) Także dlatego, że mimo że piszę, a raczej spisuję pewną historię, to odpowiedź na to pytanie się zmienia. Zmienia się, gdy poznaję lepiej bohaterów, gdy odkrywam sytuacje z ich życia, o których wcześniej nie myślałam, gdy sceny, które wydawały się nie mieć większego znaczenia – nabierają sensu.


Odpowiedź na pytanie „o czym piszę?” zmienia się też dlatego, że… ja się zmieniam. Coś odkrywam, coś przeżywam, o czymś rozmawiam. Zmienia mnie też historia, którą spisuję. Czuję się tak, jak wtedy, gdy nowo poznana osoba opowiada mi o swoim życiu, a ja zaczynam postrzegać swoje w nowej perspektywie. Kiedy tworzę, mam wrażenie, że opisuję wydarzenia, które widzę, rozmowy, które słyszę. Historię, którą ktoś mi opowiada i tę, która dzieje się na moich oczach. A każda rozmowa, każda taka obserwacja nas zmienia. Mnie moja książka również.
Może właśnie dlatego tak trudno mi określić, o czym piszę. Dlatego, że nie tylko ja piszę tę książkę, ale ta książka pisze również mnie. Odsłania przede mną nowe zakamarki, nowe elementy układanki. A ja pozwalam jej ożyć, pozwalam jej pokazać się światu.
Nawet pisząc ten tekst poczułam, że pisanie mnie zmienia. Wahałam się, czy go wysłać, bo być może ktoś z Was znał mnie wcześniej i nie wiedział, że piszę. Nie chowam się z tym faktem, ale też nie afiszuję. Kilka razy zastanawiałam się, kiedy i w jaki sposób opowiem o tym większej ilości ludzi. Myślałam, że zrobię to dopiero, gdy napiszę książkę i uda mi się ją opublikować. A jednak coś się zmieniło – robię to już teraz. Nie czekam, tylko dzięki mojemu pisaniu robię krok. Dla mnie to krok duży i ważny. Jednocześnie ryzykowny, bo nie wiem, gdzie mnie zaprowadzi. Ale idę.
I po raz kolejny przekonuję się, że nie tylko ja tworzę pisząc, ale też pisanie tworzy mnie.


sobota, 12 października 2019

Wiersz "Makrama"

Makrama”


układam sploty słów zgiełku

myśli wspomnień

by zapomnieć

zbyt wiele zbyt mało

by być

by pamiętać

szelest liści zwiędły bukiet

róż

herbacianych.







prawdopodobnie: jesień, 2009

wtorek, 8 października 2019

Czy boisz się własnej ciemności?

Kilka dni temu przypomniał mi się ulubiony serial z czasów szkoły podstawowej „Czy boisz się ciemności”. Pamiętam, jak wypatrywałam pory, o której na ekranie pojawiała się grupa przyjaciół opowiadających sobie przy ognisku mroczne historie.

Potem ten tytuł pojawił mi się w trakcie rozmyślań nad tym, co jest ciemne we mnie. I pomógł zadać sobie pytanie: Czy boję się własnej ciemności?




Z jednej strony – dlaczego? Dlaczego miałabym się bać czegoś, co jest we mnie? Czy to nie dziwne być dla siebie samej zagrożeniem? Dlaczego w ogóle ciemność miałaby być czymś, czego miałabym się bać? No i przede wszystkim – czemu taki strach by służył?

A z drugiej – to chyba jasne. Mogę się bać swojej ciemności, bo nie wiem, co skrywa. Mogę się bać tego, że ta ciemność w ogóle jest i że mnie całkowicie wciągnie. Mogę się bać tego, że nad nią nie zapanuję, tylko ona zapanuje nade mną. No i przede wszystkim – sama myśl o niej może przerażać.

Nie dziwię się lękowi przed taką ciemnością. Nie dziwię się odwadze spotkania z nią. Jedyne czego nie chcę, to brawury – udawania, że takiego lęku w ogóle nie ma, bagatelizowania i lukrowania ciemności. Do takiego spotkania warto się przygotować.

piątek, 4 października 2019

Lekcja czekania w papierowych listach

Scena 1
Dotykam bieli, wygładzam nierówności, staram się, by nie było żadnej szpary, by nic nie wypadło. Podchodzę do metalicznej czerwieni. Chwila wahania. Wypuścić, czy nie wypuścić? A jeśli zgubi się po drodze? Jeśli zginie w tłumie? Ale jeśli nie wypuszczę, to nie wyruszy w podróż. Do innych rąk.
Scena 2
Kilka ciężkich kroków po schodach. Męczący dzień. Podchodzę z nutą nadziei, ale staram się nie liczyć na to, że będzie. Wstrzymuję na chwilę oddech, przekręcam zamek. Jest! Kilka myśli, marzeń i pragnień. Serce schowane w kopercie.
***
A pomiędzy scenami – czekanie. Ten czas, gdy nie mam pewności, czy moja wiadomość dojdzie i kiedy. Gdy czekam na odpowiedź. Na list.
Mogłabym wysłać maila, napisać kilka smsów albo zadzwonić. Wiadomość mailową wysłałabym szybciej, odpowiedź dostałabym chwilę po wysłaniu z innego miasta. Czytałabym litery na ekranie komputera – być może słowa układałyby się w taką samą, a przynajmniej podobną treść. Z smsem tym bardziej nie musiałabym czekać – przekazałabym informację, czekając na szybką odpowiedź. Być może denerwując się, czemu nie przychodzi od razu. Zadzwonić? Też mogę – w końcu słyszę wtedy głos – jego barwę i ton. Odpowiedź mam bez czekania.
Jednak zamiast tego biorę kartkę i piszę. Ręcznie. Kreślone linie i zawijasy odzwierciedlają to, co czuję – radość, smutek, złość. Pokazują determinację i chęć podzielenia się częścią siebie. Tą, którą zostawiam na papierze. Jednocześnie staram się o ładny wygląd i o autentyczność. Tworzę coś, co jest niepowtarzalne, w odpowiedzi dostaję inną niepowtarzalność. I cząstkę drugiego człowieka, który również zdecydował się zmieścić swoje myśli w odręcznym piśmie. 


 
Scena 3
Emocje szaleją! Nie mogę się uspokoić – ze złości. Albo skaczę z radości. Albo snuję się w smutku. Biorę kartkę. Kieruję do konkretnej osoby i piszę, i piszę… Przekładam wszystko na słowa, na tyle, na ile potrafię. Przekazuję myśli, uczucia, aktualny stan. Kończę z radością. Że podzieliłam się cennym doświadczeniem i niebawem ktoś o nim przeczyta. A raczej nie ktoś, tylko ta konkretna, bliska mi osoba. Która dowie się o mnie czegoś nowego.
***
Kiedyś usłyszałam, że o wiele lepiej stylistycznie piszemy ręcznie, niż na komputerze. Nie wiem czy tak jest. Pisząc artykuły wybieram czasem jedną, a czasem drugą metodę. Listy natomiast wolę pisać ręcznie. Maile też wysyłam, ale zwykle krótsze i szybsze. Listy natomiast cenię za ten brak pośpiechu – zarówno przy pisaniu, wysyłce i oczekiwaniu na odpowiedź.
Takie czekanie też mnie dużo uczy. Uczy dostosowywania się do możliwości drugiej osoby i…swoich. Tego, że nie zawsze łatwo mi usiąść na dłuższą chwilę i napisać. Ale też widzę, że jest to potem dla mnie cenniejsze niż tekst na ekranie. Uczy to też trwania w niepewności, radzenia sobie z myślami „czy dojdzie?/ kiedy dojdzie?” Takie małe chwile, ale budują podbudowę pod inne procesy czekania. I budują relację. I rozwijają każdego z osobna – adresata i nadawcę. Małe, niepozorne listy, lekcja czekania.

wtorek, 1 października 2019

Jesień to stan umysłu

Dużo można pisać o tym, jak piękna potrafi być złota polska jesień. Jaką radość może sprawiać szuranie liści pod stopami, podrzucanie ich jak konfetti i docenianie wielu barw na spadających liściach. Klony w moim odbiorze królują w konkursie na najpiękniejsze zestawienia kolorów, może dlatego, że kiedyś plotłam z nich jesienne róże.

Dużo można pisać o melancholii, sezonowej depresji, doświadczeniach meteopatów, które przypominają czasem siekanie głowy tępym nożem. Plucha i smugi deszczu na budynkach imitują rozmazany makijaż, odlatujące ptaki nadają rytm myślom. Ogałacanie gałęzi może poprzedzać ogałacanie nas z… no właśnie czego?




Wybrzmiała mi wczoraj w głowie piosenka Akuratów „Jesienna”. Zasłuchałam się w utworze, którego nie słyszałam od lat. Tekst wybrzmiał w nowy sposób, wplótł się w blogowe rozważania. I przypomniał, że jesień to stan umysłu. Tak, wiem. Teraz wszystko jest nazywane stanem umysłu. No więc ja nazwę stanem umysłu jesień.

Bo przecież…

„Jesień to wstęp do podsumowań
Czy było to, co miało być od nowa”

Których podsumowań? Głównie plonów. Tego, co zdążyło zakwitnąć, zaowocować i dojrzeć. Tego, co uschło, zmarnowało się i przejrzało. Kolejny plan, kolejne listy to-do. Ciągle od nowa.

„Jesień jest wtedy, gdy myśli zmienia
Tęsknota za czymś, czego nie ma”

Czego brakuje? Przyjemności, relaksu, odpoczynku? A może zmęczenia po wejściu na wysoką górę? Złości, która budzi ukrytą siłę, czy łez, które koją źle wypowiedziane słowa? Codzienności czy niezwykłości?

„Troski pod rękę ze skłonnością do przesady
Jesień to czas jedzenia czekolady,
Próśb o lepsze, ciągły przemarsz
Tęsknota za czymś czego nie ma”

Troski nie potrzebują spadających liści, a skłonność do przesady – pluchy za oknem. Do jedzenia czekolady dobra jest każda pogoda. Przemarsz próśb o lepsze może towarzyszyć i zimie i lecie. Tęsknota za czymś, czego nie ma – czy to nie zadanie wiosny? Ale wszystko razem – tworzy jesienny stan umysłu.

„Jesienna” zespołu Akurat idealnie w tej stan wprowadza.

Monolog z książką - „Żyrafa i szakal w nas”

  Opowieść o walczących w nas wilkach jest wielu znana. Niewiele jednak osób zna jej wersję, w której wskazuje się na to, że dobrze nak...