Koniec
roku to czas na wspominki. Ja odgrzebałam tekst sprzed prawie 10
lat, opisujący historię, która żyje własnym życiem ;)
---------
25
październik 1946 roku, Klub Nauk Moralnych Uniwersytetu Cambridge.
Jedno z regularnych zebrań filozofów i studentów filozofii.
Zaproszonym prelegentem był Karl Popper, który przybył z Londynu
aby wygłosić referat pt. „Czy istnieją problemy filozoficzne?”
Na sali znajdował się przewodniczący klubu – Ludwig
Wittgenstein, już wtedy uważany za najbardziej błyskotliwego
filozofa swoich czasów oraz Bertrand Russell – powszechnie znany
jako wojujący polemista.
Był
to jedyny przypadek kiedy ci trzej filozofowie znaleźli się w tym
samym miejscu i w tym samym czasie. Do dziś nie udało się ustalić
co się wtedy właściwie wydarzyło. Doszło do burzliwej wymiany
zdań między Popperem a Wittgensteinem na temat podstawowej natury
filozofii. Popper uważał, że istnieją prawdziwe problemy
filozoficzne, natomiast Wittgenstein, że tylko zagadki. Spór ten
obrósł legendą.
Szczegółowa
relację tego wydarzenia można odnaleźć w autobiografii Poppera
Unended Quest: An
Intelectual Autobiography
(Nieustanne
poszukiwania: autobiografia intelektualna,
Znak 1997). W tej wersji wydarzeń Popper przedstawił wiele
rzeczywistych problemów filozoficznych. Wittgenstein potępiał
wszystkie przy czym „nerwowo bawił się pogrzebaczem”, którym
wymachiwał „niczym dyrygent batutą dla podkreślania swoich
twierdzeń”. Gdy wyłoniła się kwestia zasad moralnych,
Wittgenstein zażądał konkretnego przykładu. „Odpowiedziałem:
<<Nie grozić pogrzebaczami zaproszonym prelegentom>>. W
następstwie rozwścieczony Wittgenstein odrzucił pogrzebacz i
wypadł jak burza z sali,
trzaskając za sobą drzwiami.”
Na
tym się jednak nie skończyło. Po śmierci Poppera, autorzy
pośmiertnych wspomnień wykorzystali tę opowiastkę. Mniej więcej
trzy lata później opisano ją w rozprawie naukowej na temat Poppera
w Akademii Brytyjskiej. Wszędzie została dosłownie przytoczona
relacja Poppera, łącznie z błędną datą owego wydarzenia (26 a
nie 25 października). Pojawiło się wiele protestów
skoncentrowanych na osobie Johna Watkinsa – autora rozprawy i
zastępcy Poppera w London School of Economics.
Zwolennik
Wittgensteina, profesor Peter Geach, nazwał Popperowską relację
„kłamliwą od początku do końca”. Kiedy do polemiki dołączyli
inni świadkowie, wywiązała się gwałtowna korespondencja.
Ludzie
zajmujący się na co dzień zagadnieniami epistemologicznymi wdali
się w zażartą dyskusję na temat kilkunastominutowego wydarzenia.
Mało która biografia zarówno Poppera jak i Wittgensteina nie
zawiera ubarwionej wersji tej historii. Stała się ona swoistym
mitem przesyconym symboliką: charyzmatyczny twardogłowy logik
grożący pogrzebaczem niepozornemu filozofowi. Jeden gest, zjadliwy
dowcip, metalowy pręt.
Według
jednych wersji Wittgenstein nerwowo wymachuje pogrzebaczem, według
innych upuszcza go uprzednio siadłszy na krześle, według jeszcze
innych wściekle wymachuje nim przed twarzą Poppera. Pogrzebacz
jest: to rozżarzony – to zimny. Wittgenstein opuszcza pokój po
uwadze Poppera „nie grozić pogrzebaczami zaproszonym prelegentom”
lub zdecydowanie przed nią. Wychodzi raz gwałtownie trzaskając
drzwiami, raz spokojnie.
Co
się właściwie zdarzyło i jaki miało to wpływ na dzieje
filozofii? Czasem mówi się, że był to w pewnym sensie triumf
Poppera. Że tak dobitnie udowodnił swoje twierdzenia, że
Wittgenstein nie miał już nic do dodania, a wyszedł rozwścieczony
dlatego, że ktoś zbił jego argumenty. Patrząc na to z innej
strony, przewodniczący Klubu Nauk Moralnych mógł uznać uwagi
Poppera za bezsensowne do tego stopnia, że nie watro było się z
nimi spierać. Wyszedł gwałtownie, bo tak miał w zwyczaju.
Członkowie klubu stwierdzili, że mało kiedy opuszczał salę
bezgłośnie. Czy ma to zatem jakiekolwiek znaczenie?
Czasem
mówi się, że wydarzenie z pogrzebaczem stało się symbolem
„nieustępliwej żarliwości (…) dwóch ludzi w ich dążeniu do
znalezienia właściwych odpowiedzi na wielkie pytania.”
Gwałtowna
wymiana zdań została uwieńczona zdecydowanym gestem. Ale czy
została naprawdę? Tego możemy się tylko domyślać.
A
co się stało z samym pogrzebaczem? Wiele osób próbowało go
odnaleźć. Z marnym skutkiem. Jedna z relacji głosi, że Richard
Braithwaite wyrzucił go, aby uniknąć tym samym wścibstwa
naukowców i dziennikarzy.
Czy
powinniśmy wyciągnąć z tego jakieś wnioski? Jakiś morał?
Opisując biografie znanych osób czasem zwracamy uwagę na mało
istotne wydarzenia. Wręcz takie, które niczego nie wniosły poza
kilkoma pogłoskami. Takie, które były po prostu żartem, gestem
czy słowem wypowiedzianym mimochodem.
To
do nich, myślę, zaliczyć należy historię z pogrzebaczem. Warto
ją potraktować jako pewien rodzaj żartu. Żartu, który rozumieją
wyłącznie ludzie o specyficznym poczuciu humoru. Bo co może
znaczyć wygrażanie komuś pogrzebaczem? Walkę na śmierć i życie?
Groźbę? Wittgenstein chciał wyleczyć niektórych ludzi pokazując
im, że to czym oni się zajmują, to jedynie zagadki, nie warte
zachodu. Inne problemy rozwiązał analizując język potoczny. Miał
przy tym wszystkim szczere intencje, ale nie sądzę by mogło się
to stać źródłem agresywnych zachowań z jego strony.
Żart
potraktowany obrasta legendą. Tak się stało i w tym przypadku.
Doszukiwano się w tym drugiego i trzeciego dna, dopisywano złożoną
symbolikę. A to tylko metalowy pręt, który został użyty przy
gwałtownej gestykulacji. Pogrzebacz Wittgensteina.