Scena 1
Dotykam bieli, wygładzam
nierówności, staram się, by nie było żadnej szpary, by nic nie
wypadło. Podchodzę do metalicznej czerwieni. Chwila wahania.
Wypuścić, czy nie wypuścić? A jeśli zgubi się po drodze? Jeśli
zginie w tłumie? Ale jeśli nie wypuszczę, to nie wyruszy w podróż.
Do innych rąk.
Scena 2
Kilka ciężkich kroków po
schodach. Męczący dzień. Podchodzę z nutą nadziei, ale staram
się nie liczyć na to, że będzie. Wstrzymuję na chwilę oddech,
przekręcam zamek. Jest! Kilka myśli, marzeń i pragnień. Serce
schowane w kopercie.
***
A pomiędzy scenami – czekanie.
Ten czas, gdy nie mam pewności, czy moja wiadomość dojdzie i
kiedy. Gdy czekam na odpowiedź. Na list.
Mogłabym wysłać maila, napisać
kilka smsów albo zadzwonić. Wiadomość mailową wysłałabym
szybciej, odpowiedź dostałabym chwilę po wysłaniu z innego
miasta. Czytałabym litery na ekranie komputera – być może słowa
układałyby się w taką samą, a przynajmniej podobną treść.
Z smsem tym bardziej nie musiałabym czekać – przekazałabym
informację, czekając na szybką odpowiedź. Być może denerwując
się, czemu nie przychodzi od razu. Zadzwonić? Też mogę – w
końcu słyszę wtedy głos – jego barwę i ton. Odpowiedź
mam bez czekania.
Jednak zamiast tego biorę kartkę
i piszę. Ręcznie. Kreślone linie i zawijasy odzwierciedlają to,
co czuję – radość, smutek, złość. Pokazują determinację i
chęć podzielenia się częścią siebie. Tą, którą zostawiam na
papierze. Jednocześnie staram się o ładny wygląd
i o autentyczność. Tworzę coś, co jest niepowtarzalne,
w odpowiedzi dostaję inną niepowtarzalność. I cząstkę drugiego
człowieka, który również zdecydował się zmieścić swoje myśli
w odręcznym piśmie.
Scena 3
Emocje szaleją! Nie mogę się
uspokoić – ze złości. Albo skaczę z radości. Albo snuję się
w smutku. Biorę kartkę. Kieruję do konkretnej osoby i piszę,
i piszę… Przekładam wszystko na słowa, na tyle, na ile potrafię.
Przekazuję myśli, uczucia, aktualny stan. Kończę z radością. Że
podzieliłam się cennym doświadczeniem i niebawem ktoś o nim
przeczyta. A raczej nie ktoś, tylko ta konkretna, bliska mi osoba.
Która dowie się o mnie czegoś nowego.
***
Kiedyś usłyszałam, że o wiele
lepiej stylistycznie piszemy ręcznie, niż na komputerze. Nie wiem
czy tak jest. Pisząc artykuły wybieram czasem jedną, a czasem
drugą metodę. Listy natomiast wolę pisać ręcznie. Maile też
wysyłam, ale zwykle krótsze i szybsze. Listy natomiast cenię za
ten brak pośpiechu – zarówno przy pisaniu, wysyłce i oczekiwaniu
na odpowiedź.
Takie czekanie też mnie dużo
uczy. Uczy dostosowywania się do możliwości drugiej osoby
i…swoich. Tego, że nie zawsze łatwo mi usiąść na dłuższą
chwilę i napisać. Ale też widzę, że jest to potem dla mnie
cenniejsze niż tekst na ekranie. Uczy to też trwania w niepewności,
radzenia sobie z myślami „czy dojdzie?/ kiedy dojdzie?” Takie
małe chwile, ale budują podbudowę pod inne procesy czekania. I
budują relację. I rozwijają każdego z osobna – adresata
i nadawcę. Małe, niepozorne listy, lekcja czekania.

Ciekawy wpis! Szkoda, że piszemy coraz mniej listów... Swoją drogą, znasz stronę postcrossing? Można wysyłać (i dostawać!) pocztówki od ludzi z całego świata ;)
OdpowiedzUsuńnie znałam! super inicjatywa! :)
Usuń