piątek, 4 października 2019

Lekcja czekania w papierowych listach

Scena 1
Dotykam bieli, wygładzam nierówności, staram się, by nie było żadnej szpary, by nic nie wypadło. Podchodzę do metalicznej czerwieni. Chwila wahania. Wypuścić, czy nie wypuścić? A jeśli zgubi się po drodze? Jeśli zginie w tłumie? Ale jeśli nie wypuszczę, to nie wyruszy w podróż. Do innych rąk.
Scena 2
Kilka ciężkich kroków po schodach. Męczący dzień. Podchodzę z nutą nadziei, ale staram się nie liczyć na to, że będzie. Wstrzymuję na chwilę oddech, przekręcam zamek. Jest! Kilka myśli, marzeń i pragnień. Serce schowane w kopercie.
***
A pomiędzy scenami – czekanie. Ten czas, gdy nie mam pewności, czy moja wiadomość dojdzie i kiedy. Gdy czekam na odpowiedź. Na list.
Mogłabym wysłać maila, napisać kilka smsów albo zadzwonić. Wiadomość mailową wysłałabym szybciej, odpowiedź dostałabym chwilę po wysłaniu z innego miasta. Czytałabym litery na ekranie komputera – być może słowa układałyby się w taką samą, a przynajmniej podobną treść. Z smsem tym bardziej nie musiałabym czekać – przekazałabym informację, czekając na szybką odpowiedź. Być może denerwując się, czemu nie przychodzi od razu. Zadzwonić? Też mogę – w końcu słyszę wtedy głos – jego barwę i ton. Odpowiedź mam bez czekania.
Jednak zamiast tego biorę kartkę i piszę. Ręcznie. Kreślone linie i zawijasy odzwierciedlają to, co czuję – radość, smutek, złość. Pokazują determinację i chęć podzielenia się częścią siebie. Tą, którą zostawiam na papierze. Jednocześnie staram się o ładny wygląd i o autentyczność. Tworzę coś, co jest niepowtarzalne, w odpowiedzi dostaję inną niepowtarzalność. I cząstkę drugiego człowieka, który również zdecydował się zmieścić swoje myśli w odręcznym piśmie. 


 
Scena 3
Emocje szaleją! Nie mogę się uspokoić – ze złości. Albo skaczę z radości. Albo snuję się w smutku. Biorę kartkę. Kieruję do konkretnej osoby i piszę, i piszę… Przekładam wszystko na słowa, na tyle, na ile potrafię. Przekazuję myśli, uczucia, aktualny stan. Kończę z radością. Że podzieliłam się cennym doświadczeniem i niebawem ktoś o nim przeczyta. A raczej nie ktoś, tylko ta konkretna, bliska mi osoba. Która dowie się o mnie czegoś nowego.
***
Kiedyś usłyszałam, że o wiele lepiej stylistycznie piszemy ręcznie, niż na komputerze. Nie wiem czy tak jest. Pisząc artykuły wybieram czasem jedną, a czasem drugą metodę. Listy natomiast wolę pisać ręcznie. Maile też wysyłam, ale zwykle krótsze i szybsze. Listy natomiast cenię za ten brak pośpiechu – zarówno przy pisaniu, wysyłce i oczekiwaniu na odpowiedź.
Takie czekanie też mnie dużo uczy. Uczy dostosowywania się do możliwości drugiej osoby i…swoich. Tego, że nie zawsze łatwo mi usiąść na dłuższą chwilę i napisać. Ale też widzę, że jest to potem dla mnie cenniejsze niż tekst na ekranie. Uczy to też trwania w niepewności, radzenia sobie z myślami „czy dojdzie?/ kiedy dojdzie?” Takie małe chwile, ale budują podbudowę pod inne procesy czekania. I budują relację. I rozwijają każdego z osobna – adresata i nadawcę. Małe, niepozorne listy, lekcja czekania.

2 komentarze:

  1. Ciekawy wpis! Szkoda, że piszemy coraz mniej listów... Swoją drogą, znasz stronę postcrossing? Można wysyłać (i dostawać!) pocztówki od ludzi z całego świata ;)

    OdpowiedzUsuń

Monolog z książką - „Żyrafa i szakal w nas”

  Opowieść o walczących w nas wilkach jest wielu znana. Niewiele jednak osób zna jej wersję, w której wskazuje się na to, że dobrze nak...