Nie zliczę, ile razy w ostatnim czasie słyszałam nawoływania do tego, żeby w taki sposób żyć, by zostawiać mniej śmieci. Rozumiem troskę o planetę i środowisko naturalne. Rozumiem też dlatego, że takie same nawoływania pojawiały się w podręczniku do przedmiotu o wdzięcznej nazwie Środowisko, z którego uczyłam się ponad dwadzieścia lat temu. Dlatego trochę mnie dziwi, czemu trend #lesswaste zrobił się popularny dopiero teraz i ciekawi, co działo się przez te dwadzieścia kilka lat, że mimo tylu działań pro-ekologicznych prowadzonych od przedszkola, czy podstawówki – musimy martwić się zalewem śmieci.
Ale właściwe miało być o czymś innym.
O zalewie innych śmieci – w głowach. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję, że mam w sobie takie miejsce, które trochę przypomina śmietnik. Nie taki, jaki jest pod blokiem. Ale taki, który pojawia się w piwnicy, do której wrzuca się rzeczy, które nie są teraz potrzebne, ale „szkoda wyrzucać”. Albo szafę, do której zgarnia się wszystkie bibeloty, jeśli robi się za mało miejsca w pokoju, czy na półce. Albo dywan, pod który zamiata się kurz. Nie wiem po co, bo o kurzu trudno mówić w kategoriach „przyda się”, ale widocznie ma to jakiś cel.
I tak sobie myślę, że #lesswaste mogłoby też dotyczyć głowy. Więc staram się z niej wyrzucać to, co niepotrzebne czy szkodliwe. Zobaczymy co się stanie :D



