wtorek, 30 lipca 2019

Umysłowe #lesswaste

Nie zliczę, ile razy w ostatnim czasie słyszałam nawoływania do tego, żeby w taki sposób żyć, by zostawiać mniej śmieci. Rozumiem troskę o planetę i środowisko naturalne. Rozumiem też dlatego, że takie same nawoływania pojawiały się w podręczniku do przedmiotu o wdzięcznej nazwie Środowisko, z którego uczyłam się ponad dwadzieścia lat temu. Dlatego trochę mnie dziwi, czemu trend #lesswaste zrobił się popularny dopiero teraz i ciekawi, co działo się przez te dwadzieścia kilka lat, że mimo tylu działań pro-ekologicznych prowadzonych od przedszkola, czy podstawówki – musimy martwić się zalewem śmieci.


Ale właściwe miało być o czymś innym.


O zalewie innych śmieci – w głowach. Nie wiem, jak Wy, ale ja czuję, że mam w sobie takie miejsce, które trochę przypomina śmietnik. Nie taki, jaki jest pod blokiem. Ale taki, który pojawia się w piwnicy, do której wrzuca się rzeczy, które nie są teraz potrzebne, ale „szkoda wyrzucać”. Albo szafę, do której zgarnia się wszystkie bibeloty, jeśli robi się za mało miejsca w pokoju, czy na półce. Albo dywan, pod który zamiata się kurz. Nie wiem po co, bo o kurzu trudno mówić w kategoriach „przyda się”, ale widocznie ma to jakiś cel.


I tak sobie myślę, że #lesswaste mogłoby też dotyczyć głowy. Więc staram się z niej wyrzucać to, co niepotrzebne czy szkodliwe. Zobaczymy co się stanie :D




wtorek, 23 lipca 2019

Terapia rockowa

Kilkanaście kobiet, instrumenty muzyczne i brak internetu. Początek horroru? Nie – to był początek ważnych doświadczeń i wewnętrznej przemiany. Wiele z nas po raz pierwszy miało jakikolwiek instrument w dłoniach, czasem potrzebowałyśmy zatyczek do uszu, czy zadbania o bolące opuszki palców. Dźwięki perkusji, twarde struny i odkrywanie swojego głosu były przez kilka dni naszą codziennością. Uczyłyśmy się i tworzyłyśmy coś nowego jednocześnie. Najważniejsze w tym wszystkim było to, że robiłyśmy to razem.

Kiedyś marzyłam o grze na gitarze elektrycznej, o graniu w zespole rockowym. Chciałam zacząć od klasycznej i potem przerzucić się na elektryka. Zamiast tego po trzech latach porzuciłam lekcje gitary klasycznej. Nauka była wtedy dla mnie ważniejsza. Czasem sobie potem plumkałam, ostatecznie gitara została przeze mnie porzucona. Za elektryka w ogóle się nie wzięłam. Bo jak to tak – miałabym zaczynać grę na instrumencie jako dorosła kobieta? Przecież to instrument dla nastolatek, a ten czas już minął. Trzeba się z tym pogodzić i iść dalej w życie.

Jednak pragnienie dalej we mnie było. Nie walczyło o zauważenie, godziło się na wewnętrzne więzienie dla niespełnionych marzeń.

Trzy lata temu usłyszałam o Lucciola Ladies Rock Camp. Pomyślałam, że to super inicjatywa.

W tym roku postanowiłam tam pojechać. Żeby spełnić marzenie nastoletniej mnie. Sądziłam, że na tym się skończy, że wrócę z nowym doświadczeniem i niczym więcej.

Wróciłam z chęcią grania. Takiego w grupie,w zespole. Tworzenia, wyrażania siebie przez muzykę i pokazywania tego światu. Scena okazała się mniej straszna niż sądziłam, a doświadczenie współpracy i akceptacji już zaszczepiło się we mnie. Mam nadzieję, że na dłużej.

Gra daje mi radość, słyszałam, że dobrze mi wychodzi i podoba się innym. Chyba innej motywacji do gry mi nie trzeba.

Wiele obecnych tam kobiet mówiło, że ten tydzień był dla nich jak terapia. Dla mnie również. 




wtorek, 9 lipca 2019

Co mogłyby powiedzieć moje nogi?

Narzekałam kiedyś pewnej osobie, że mam strasznie zesztywniałe i bolące uda. Spytała mnie, co mogłyby mi moje uda powiedzieć, gdyby mogły mówić. Odburknęłam, że nie wiem, myśląc sobie o tym, jakie to idiotyczne pytanie.


Teraz jestem w innym miejscu w życiu i w innej relacji ze sobą. Inaczej odczuwam ciało i staram się go słuchać. Nie jako sługa, który spełnia wszystkie jego zachcianki. Ale jako integralna osoba, która wsłuchuje się w swoje potrzeby. A czasem potrzeba jest taka, żeby zdjąć buty i chodzić boso. Czasem – żeby rozluźnić nogi, odpocząć. Czasem - żeby wzmocnić przez odpowiednie ćwiczenia. A innym razem – żeby uciec albo kopnąć. Powietrze lub materac – bo czemu by nie?





wtorek, 2 lipca 2019

Jaki jest mój ruch?

Taniec jest częścią mnie. Mimo, że przez większość życia był we mnie ukryty – bardziej był w moim sercu, niż w ciele. No może poza pogo – tego trochę było :) Rok temu odnalazłam ruch, który uzewnętrznia mój wewnętrzny taniec i z pogo może rywalizować. Nazywa się West Coast Swing.

Najpierw o nim słuchałam. O tym, jaką jest metaforą życia, relacji. Potem przyszedł czas na filmiki i to uczucie, że tego od lat szukałam. Potem decyzja i kolejne lekcje. Otwierania się na nowe, pozwolenia sobie na nowy sposób czucia i ruchu, puszczania kontroli i oduczania się prowadzenia i tańczenia ‘na pamięć’. Bo w weście nie chodzi o wyuczoną choreografię, perfekcję, czy wymuszanie. West jest dla mnie sposobem komunikacji, wyrazem radości, spontanicznym spotkaniem i improwizacją. Są pewne stałe kroki, pewne patterny. Ale one pomagają w tej komunikacji, a nie ją usztywniają. Jest tak, jak w dobrej rozmowie, gdzie ludzie się słuchają, żeby usłyszeć, a nie po to by się pouczać. Jak w spotkaniu otwartym na poznanie drugiej osoby, a nie na wrzucanie jej w jakiś schemat. Jak wtedy, gdy widzisz, czujesz i jesteś uważny na to, co się dzieje.

Słuchając teraz muzyki, zastanawiam się, jakby się do niej tańczyło westa. Opowiadam o nim i zarażam kolejne osoby. Staram się rozwijać tanecznie, ale nie po to, by było idealnie, tylko po to, by było jeszcze swobodniej i radośniej. Nie chcę w nim mistrzostwa. Chcę tańca dla samego tańca.

Pogo znalazło rywala w moim sercu. Ale myślę, że się dogadają i nie będą między sobą konkurować, ale raczej współpracować i dawać sobie wolność. Jak partnerzy w weście.


Monolog z książką - „Żyrafa i szakal w nas”

  Opowieść o walczących w nas wilkach jest wielu znana. Niewiele jednak osób zna jej wersję, w której wskazuje się na to, że dobrze nak...