Jeden
z moich ulubionych kolorów. Lubię go mieć na sobie, choć wtedy
zwykle wyróżniam się z otoczenia, co już mało lubię. Dodaje
energii i przykuwa uwagę. Pewnie dlatego łączy mi się z radością
i zazdrością.
Żółta
radość to dla mnie moc energii do radosnego działania. To pasja
uśmiechu i iskierki w oczach. To dziecięca spontaniczność,
otwartość i ciekawość świata. To ciepło dobrych relacji. To
towarzyszka uczucia flow, osiągania upragnionych celów i procesów
twórczych, w których od efektu ważniejsze jest samo tworzenie.
Radość
się cieszy, radość się raduje.
Ma
to szczęście, że prawie zawsze uznaje się ją za tak zwaną
pozytywną emocję, tę, która jest pożądana.
A
ona wie, że nie zawsze towarzyszy temu co dobre, nie zawsze jest
przy tym, co nam służy.
Towarzyszy
żartom, które mają na celu kogoś wyśmiać. Towarzyszy uśmiechom
z cudzego nieszczęścia. Jest też częścią muru, którym
próbujemy się oddzielić od lęków i trudnej dla nas prawdy. A co
jeśli trwamy w tym co niszczy nasze relacje? Wtedy radość może
towarzyszyć myślom, które uparcie dają poczucie władzy nad
drugim człowiekiem.
Radość
wie, że takim sytuacjom też towarzyszy. I że nie zawsze jest
pozytywna.
A
zazdrość?
Żółta
zazdrość nie ma dobrej passy. Dużo ludzi łączy ją z
porównywaniem się z innymi, czego nie lubią, a co wciąż robią.
I z patrzeniem, co ma ktoś, a czego ja nie mam. Dlaczego nie mam i
czy tego potrzebuję? O to już nie zawsze pytają.
A
zazdrość wie, że pojawia się tam, gdzie dostrzegamy wartość,
gdzie widzimy to, co dla nas ważne. Delikatnie, żółtym promieniem
odsłania to, co może wzbudzić w nas zachwyt i ucieszyć. Pokazuje:
popatrz też na siebie, to jest dla ciebie ważne.
Ale
czy jesteśmy w stanie usłyszeć ten delikatny żółty głos?