N.
siedziała przy swoim biurku i patrzyła na pierwsze tego roku płatki
śniegu za oknem. Wielkości babiego lata, takiego zimowego. Spadały
spokojnie, jakby chciały się zatrzymać, ale nie mogły. Jakby
opierały się przed czymś, co nieuniknione. Niektóre wzlatywały
na chwilę w górę, by potem znowu opaść. Inne krążyły i
wywijają różne wzory, jeszcze inne – spadały prosto w dół.
Wstała,
odsunęła firankę i myślała o swoim życiu, o życiu innych
ludzi. Pomyślała, że jest trochę jak ten płatek, który próbuje
zmienić bieg swojego lotu, mimo że wie, że to bez sensu. Wielu
rzeczy w swoim życiu nie akceptowała, od niektórych wspomnień
chciała uciec. Uciec w przeszłość, zmienić jej bieg. Jak ten
płatek, który chciał wrócić. Albo jak
ten, który spadał prosto w dół. Było tak wtedy, gdy przestawała
myśleć o tym, co robić. Poddawała się biegowi, który wytyczał
świat, który określali inni ludzie. Albo gdy myślała jedynie o
określonym celu – napisaniu pracy czy zdaniu egzaminu.
Skoncentrowana na określonym punkcie, nie patrząc na to, co wokół.
Najbardziej
fascynowały ją płatki wirujące w powietrzu. Wiedziały, że
spadną, ale zmieniały tor spadania. Wyglądały, jakby ciekawiło
je wszystko wokół, jakby chciały coś
zyskać. Albo… coś dać – na przykład radość
dziewczynie w czerwonym berecie, spadając na jej nos. Albo stać się
kiedyś bałwanem.
Czuła,
że
chce coś
zmienić w swoim życiu. Że
chce być jak te
nieszablonowe płatki śniegu.







