Mogę wstać o piątej, mogę o
dwunastej. Najczęściej jednak zrzucam z siebie kołdrę gdzieś
pomiędzy tymi godzinami. Czasem siedzę z komputerem pod kocem na
łóżku, czasem idę do kawiarni. Najlepiej jednak pracuje mi się w
moim ulubionym instytucie na Grodzkiej.
Przyglądam się wtedy temu, co
odkryli inni i jak to interpretują. Podpatruję idee, metody badań,
sposoby wnioskowania. Pewnym kwestiom przyglądam się pod lupą.
Inne pomniejszam, ale tylko po to, żeby zobaczyć je w szerszym
kontekście. Kim jestem? Doktorantką. Reprezentantką zawodu, który
nie jest uznany za zawód, reprezentantką pracowników, których
praca dla wielu pracą nie jest.
Nie mogę wyjść ze zdziwienia,
dlaczego. Czy to dlatego, że nie mam podpisanej umowy o pracę?
Przecież wiele pracujących osób takiej nie ma. Czy to dlatego, że
nie mam szefa, który wyznacza mi poszczególne zadania do wykonania,
tylko sama określam cele i sposób ich wykonania? Przecież osoby
posiadające własną firmę też tak mają. Może dlatego, że nie
mam zapewnionej zapłaty za swoją pracę i poza jej wykonywaniem
muszę bardzo się nabiegać, jeśli uznam, że chcę żyć czymś
więcej niż krakowskim powietrzem? Może tak, choć nie sądzę, że
jestem jedyna. Zastanawiam się też, jaki ma to związek z pracą
naukową jako taką. Myśl, że specyfika tej pracy jest tu kluczowym
elementem, a pozostałe, wspomniane przeze mnie są po prostu kroplą,
która przepełnia kielich przekonania, że moja praca nie jest
pracą, nie chce wyjść z mojej głowy.
Jest coś takiego w pracy
naukowej, co jest obce kulturze bycia, bardzo dziś powszechnej.
Takiej, według której, gdy chcę się czegoś dowiedzieć, to pytam
wujka Google. Takiej, według której, gdy czegoś mi się zachce, to
chcę mieć to gotowe w sekundę, tu i teraz, ewentualnie za dwie
minuty. Takiej, która widzi świat jako czarno-biały albo
całkowicie zrelatywizowany. Oczywiście za każdym razem ta
czarno-białość jest relatywna a ten relatywizm mocno nacechowany
skrajnym poglądem.
W pracy naukowej patrzę na
wiele aspektów i powiązań. Dużo opisuję, mało oceniam.
Najczęściej oceniam rzetelność i trafność argumentacji. Relację
między odkryciami neurobiologii i psychologii, czy filozoficzne
założenia, jakie towarzyszą badaczom mózgu. Nic tu nie jest
czarno-białe ani relatywne. Nie mam nic „na szybko, na już”.
Potrzebuję wiele czasu, cierpliwości, wielu godzin, a nawet i
miesięcy spędzonych nad zagadnieniem, które okazuje się kończyć
w ślepym zaułku, ale wypycha mnie jednocześnie do czegoś nowego.
Co zafascynuje mnie jeszcze bardziej, na tyle, że oddam mu kolejne
godziny mojego życia. Mało interesują mnie gotowe opracowania,
które znajdę w sieci. Na interesujące mnie pytania raczej jednak
nie znajdę tam satysfakcjonujących odpowiedzi. No chyba, że na
portalach i w bazach danych, które interesują tylko naukowców. To
takie miejsca w internecie, w które większość ludzi się nie
zapędza.
Widzę, że jest to coś
odmiennego od częstego sposobu życia, czy choćby życia w pracy.
Odmienność nie wydaje mi się jednak wystarczającym powodem, żeby
coś dewaluować. Czy umniejszać jej znaczenie lub trud, który
towarzyszy mi każdego dnia. A z tym się bardzo często spotykam.
Słyszę pytania „kiedy zaczniesz pracować?” I widzę
niezrozumienie, czy nawet ironiczną reakcję, gdy odpowiadam „no
przecież pracuję”. „No ale normalną pracę” - taka jest
częsta reakcja. Wtedy to ja nie mogę zrozumieć, dlaczego normalną
dla nich nie jest.
Dla mnie jest normalna tak samo,
jak praca księgowej, sprzątacza, czy nauczycielki. Programisty,
youtubera, aktorki. Różne rzeczy realizujemy. Różnie działamy.
Ja zdecydowałam się spróbować moich sił w nauce, rozwinąć te
talenty, z którymi się urodziłam i te umiejętności, które
kiedyś wypracowałam. Mam nadzieję też wnieść coś do nauki i
filozofii, bez których nie mielibyśmy przecież internetu,
smartfonów, czy nowych form terapii. Nie liczę na uznanie, podziw,
czy wynoszenie na piedestał. Wystarczy mi uznanie, że to co robię,
to też praca. Praca doktoranta.