wtorek, 26 marca 2019

Czy masz sprawne emocje?

Złość trochę nie działa. Zwykle jest przytłumiona, czasem się wyrywa, jakby chciała wyskoczyć. Ale jakby coś ją znowu cofało. Może jest zawiązana wstążką? Bo po każdym takim wyskoku wydaje się wbijać znowu w to samo miejsce. Albo inne.

Smutek niby jest. Ale trochę blady, trochę brak mu rumieńców. Chciałby rozpuścić warkocze, ale ciągle są mocno związane. No nie wiem. Nie wiem.

Strach czasem rozlany, a czasem nie pojawia się tam, gdzie warto, żeby zagościł. Nie boi się nieznanych, zachowuje się jak ufające wszystkim dziecko. A zdrowy sceptycyzm i dystans czasem się przydają.

Radość jest trochę nijaka, pluszowa i lukrowana. Mało w niej intensywności, mało wyrazistości. Nie bardzo cieszy.

Wstręt to teren nieznany. On w ogóle gdzieś jest?



wtorek, 19 marca 2019

Granice czy ograniczenia?

O granicach mówić jest łatwo. Zwłaszcza, gdy chodzi o chronienie swoich granic. Trudniej mówić o ograniczeniach. No bo jak to – to ja mogę czegoś nie potrafić, choć bardzo się staram? Mogę nie mieć na coś wpływu, choć tyle się wysilam, żeby to się stało?

Jednym łatwo przychodzi się ochronić, inni pozwalają na to, żeby wejść w ich życie z brudnymi butami. Jedni są bardzo ostrożni i traktują innych jak jajko, inni – zdają się rzucać dookoła kamieniami. Można wiele debatować, jak znaleźć w tym złoty środek.

Ograniczenia mniej budzą dyskusji. Czasem prowokują wewnętrzny bunt. Ale spotkanie z nimi kończy się nieraz milczeniem. Z którym już dyskutować się nie da.

wtorek, 12 marca 2019

Doktorat doktoratem, ale pracujesz gdzieś?

Mogę wstać o piątej, mogę o dwunastej. Najczęściej jednak zrzucam z siebie kołdrę gdzieś pomiędzy tymi godzinami. Czasem siedzę z komputerem pod kocem na łóżku, czasem idę do kawiarni. Najlepiej jednak pracuje mi się w moim ulubionym instytucie na Grodzkiej. 
 
Przyglądam się wtedy temu, co odkryli inni i jak to interpretują. Podpatruję idee, metody badań, sposoby wnioskowania. Pewnym kwestiom przyglądam się pod lupą. Inne pomniejszam, ale tylko po to, żeby zobaczyć je w szerszym kontekście. Kim jestem? Doktorantką. Reprezentantką zawodu, który nie jest uznany za zawód, reprezentantką pracowników, których praca dla wielu pracą nie jest.
Nie mogę wyjść ze zdziwienia, dlaczego. Czy to dlatego, że nie mam podpisanej umowy o pracę? Przecież wiele pracujących osób takiej nie ma. Czy to dlatego, że nie mam szefa, który wyznacza mi poszczególne zadania do wykonania, tylko sama określam cele i sposób ich wykonania? Przecież osoby posiadające własną firmę też tak mają. Może dlatego, że nie mam zapewnionej zapłaty za swoją pracę i poza jej wykonywaniem muszę bardzo się nabiegać, jeśli uznam, że chcę żyć czymś więcej niż krakowskim powietrzem? Może tak, choć nie sądzę, że jestem jedyna. Zastanawiam się też, jaki ma to związek z pracą naukową jako taką. Myśl, że specyfika tej pracy jest tu kluczowym elementem, a pozostałe, wspomniane przeze mnie są po prostu kroplą, która przepełnia kielich przekonania, że moja praca nie jest pracą, nie chce wyjść z mojej głowy.

Jest coś takiego w pracy naukowej, co jest obce kulturze bycia, bardzo dziś powszechnej. Takiej, według której, gdy chcę się czegoś dowiedzieć, to pytam wujka Google. Takiej, według której, gdy czegoś mi się zachce, to chcę mieć to gotowe w sekundę, tu i teraz, ewentualnie za dwie minuty. Takiej, która widzi świat jako czarno-biały albo całkowicie zrelatywizowany. Oczywiście za każdym razem ta czarno-białość jest relatywna a ten relatywizm mocno nacechowany skrajnym poglądem. 
 
W pracy naukowej patrzę na wiele aspektów i powiązań. Dużo opisuję, mało oceniam. Najczęściej oceniam rzetelność i trafność argumentacji. Relację między odkryciami neurobiologii i psychologii, czy filozoficzne założenia, jakie towarzyszą badaczom mózgu. Nic tu nie jest czarno-białe ani relatywne. Nie mam nic „na szybko, na już”. Potrzebuję wiele czasu, cierpliwości, wielu godzin, a nawet i miesięcy spędzonych nad zagadnieniem, które okazuje się kończyć w ślepym zaułku, ale wypycha mnie jednocześnie do czegoś nowego. Co zafascynuje mnie jeszcze bardziej, na tyle, że oddam mu kolejne godziny mojego życia. Mało interesują mnie gotowe opracowania, które znajdę w sieci. Na interesujące mnie pytania raczej jednak nie znajdę tam satysfakcjonujących odpowiedzi. No chyba, że na portalach i w bazach danych, które interesują tylko naukowców. To takie miejsca w internecie, w które większość ludzi się nie zapędza.

Widzę, że jest to coś odmiennego od częstego sposobu życia, czy choćby życia w pracy. Odmienność nie wydaje mi się jednak wystarczającym powodem, żeby coś dewaluować. Czy umniejszać jej znaczenie lub trud, który towarzyszy mi każdego dnia. A z tym się bardzo często spotykam. Słyszę pytania „kiedy zaczniesz pracować?” I widzę niezrozumienie, czy nawet ironiczną reakcję, gdy odpowiadam „no przecież pracuję”. „No ale normalną pracę” - taka jest częsta reakcja. Wtedy to ja nie mogę zrozumieć, dlaczego normalną dla nich nie jest.

Dla mnie jest normalna tak samo, jak praca księgowej, sprzątacza, czy nauczycielki. Programisty, youtubera, aktorki. Różne rzeczy realizujemy. Różnie działamy. Ja zdecydowałam się spróbować moich sił w nauce, rozwinąć te talenty, z którymi się urodziłam i te umiejętności, które kiedyś wypracowałam. Mam nadzieję też wnieść coś do nauki i filozofii, bez których nie mielibyśmy przecież internetu, smartfonów, czy nowych form terapii. Nie liczę na uznanie, podziw, czy wynoszenie na piedestał. Wystarczy mi uznanie, że to co robię, to też praca. Praca doktoranta.



wtorek, 5 marca 2019

Zaglądam do wspomnień

Niewiele się mieściło poza mną. Balkon był mały, nadal zresztą jest. Siadałam i patrzyłam. Ludzie pojawiali się i znikali. A ja zastanawiałam się, kim oni są, o czym myślą, do czego dążą. Potrafiłam tak siedzieć godzinami, tworzyć historie, przeżywając wiele, tak naprawdę nie ruszając się z miejsca.

Kiedyś usłyszałam, że jeśli ktoś szuka tego, co powinien robić w życiu, to powinien wrócić do wspomnień z dzieciństwa i zabaw, które go zajmowały. Pewnie trudno potraktować to dosłownie, bo co wtedy z moją koleżanką, która bawiła się w księdza? Część zabaw, to przecież odgrywanie sytuacji, które się widziało. Ale może jest w tym coś mądrego? Ja brałam książki, które czytali mi rodzice, ustawiałam pluszaki i udawałam, że im czytam (ponoć bezbłędnie odtwarzałam historie!). Bawiłam się ze starszą siostrą cioteczną w szkołę (oczywiście to ja byłam uczniem;)), potem uczyłam swoje zabawki. Albo brałam kartkę i kredki, i znikałam ze świata. Rysując, a gdy już umiałam pisać – pisząc. No i siadałam na balkonie u dziadków, patrzyłam na ludzi i budowałam historie.

Teorię o zabawach z dzieciństwa trudno traktować dosłownie. Ale gdy myślę o tym, co robię teraz i daje mi radość, to ma to wiele z tych zabaw. Może jednak jest w tym jakaś mądrość?

Monolog z książką - „Żyrafa i szakal w nas”

  Opowieść o walczących w nas wilkach jest wielu znana. Niewiele jednak osób zna jej wersję, w której wskazuje się na to, że dobrze nak...