Za dużo gniewnych słów, za dużo złośliwych reakcji, za dużo ataków z zewnątrz.
Może to przytłoczyć.
Może dać poczucie wylądowania w gotującym się garnku.
Może dać też okazję do odbicia spojrzenia, zajrzenia do środka, do siebie.
Gdzie jest moja złość wtedy, gdy cudza mnie przytłacza?
Czy jest dla mnie jak przyjaciółka alarmująca mnie „sprawdź gdzie są twoje granice”?
Czy jest w moich mięśniach, gotowych aktywnie zareagować?
Czy jest we mnie jak płomień, który dodaje mi bezpiecznego ciepła i energii do życia?
Jest duża szansa, że „nie” wtedy jest odpowiedzią na każde z tych pytań.
Że złość jest przykryta, zakopana, zamrożona, zawstydzona.
Gdy cudza złość mnie przytłacza idę w miejsce, w którym staram się skontaktować ze swoją złością.
Szukam, gdzie się schowała.
Pod lękiem? Smutkiem? Wstydem? A może złość na jedną kwestię przykrywa złość na drugą kwestię?
Zwracam uwagę na ciało - gdzie jest mocno napięte, a gdzie bez ruchu.
Zwracam uwagę na oddech - bo jego płytkość jest wyraźnym znakiem, że coś zablokowałam.
I pytam się czego chcę. Pięć, dziesięć, piętnaście razy. Żeby dojść do środka, do sedna tego, co we mnie siedzi.
Gdy poczuję moją złość - cudza już tak nie przytłacza.
A Ty? Jak reagujesz?








