Pamiętam
gdy jako nastolatka odkrywałam ze znajomymi, że życie nie jest
białe ani czarne. Mówiliśmy, że ma odcienie szarości. Potem
uznałam, że widzę je jednak jako kolorowe – tylko tego szarego
nie chciałam widzieć. Czerni i bieli również.
Pamiętam
też jak kilka lat temu na zajęciach malarskich usłyszałam, że
szarość jest ważna na obrazie. Że pomaga wybrzmieć innym kolorom
i dodaje obrazowi uroku. Zaczęłam ją doceniać.
Dzisiejsza
szaroburość mnie przygniatała. Ta zewnętrzna i ta wewnętrzna.
Nie miałam na nic ochoty, a uścisk w głowie nie poddawał się
żadnym działaniom łagodzącym.
Przypatrzyłam
się jej. Tej szarości, szaroburości. Pomyślałam o niej jak o
części obrazu, którym jest moje życie. Pomyślałam, że jest ona
ograniczona i że może ma jakieś zadanie. Jak ta szarość na
płótnie.
I
wydarzyło się niesamowite. Zaakceptowana przestała aż tak
uwierać. Mimo że dalej oddycham nią przez maskę i mimo że
ogrzewam w niej dalej swoje myśli. Ścisk w głowie jest dalej,
ogólna niechęć pozostała. Ale wśród nich pojawiła się
inspiracja, której od dawna szukałam! A wraz z nią promyczek
chęci, który czasem wystarczy.
Promyczek
wśród szaroburości mógłby być ciekawym pomysłem na obraz. I
jest dla mnie pomysłem na dzisiejszy dzień. Może i dla Ciebie?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz