Najlepszą
wersją siebie chciałam się stawać dużo wcześniej, niż stało
się to modne. Rywalizowałam sama ze sobą, stawiałam sobie
wyzwania, doskonaliłam. Gdy jakieś dziesięć lat temu usłyszałam
o „zarządzaniu sobą w czasie” ze zdziwieniem stwierdziłam, że
robię to od lat. Trochę dzięki harcerstwu, trochę dzięki kilku
mądrym książkom czy czasopismom. Działałam sprawnie, choć
czasem zbyt… chyba nie mogę określić tego jako ‘zbyt
sprawnie’. Raczej z przesadą w tej sprawności, która odbijała
się na zdrowiu i relacjach.
Ta
tendencja we mnie jest, choć dużo mniejsza niż pięć czy
dwanaście lat temu.
Odkrywam
i uczę się nowej. I na ten moment nie tylko wspierającej zdrowie,
ale i efektywność – łagodności.
Łagodności,
której daleko do pobłażliwości i stania w miejscu. Takiej, która
nie głaszcze po główce i nie mówi z automatu „nie martw się”
i „będzie dobrze”.
Łagodności,
która kontaktuje się z potrzebami i współodczuwa z uczuciami.
Łagodności karmiącej to, co można nakarmić i opłakującej to,
czego nakarmić się nie da. Łagodności pozwalającej na dzień
odcięcia od pracy, gdy jestem emocjonalnie przeciążona. Łagodności
szukającej zaciekawienia w tym co robię i dbającej jednocześnie o
systematyczność.
Bo
tak – łagodność też planuje i wyznacza sobie cele. Też
wspomaga rozwój i też pomaga być lepszą.
Tylko
nie nachalnie, jak to działo się kiedyś.
Dojrzalej.

Pieknie.
OdpowiedzUsuńJa tez <3
:)
UsuńOstatnio spotkałam się też z wyrażeniem autoempatia ;) Potrzeba nam takiej łagodności!
OdpowiedzUsuńja na warsztatach z nvc wielokrotnie słyszałam - 'empatia dla samego siebie'... to tak ważne, a przez wiele lat tak mi nieznane...
Usuń