Dochodzę do siebie…
I nie mam tu na myśli uspokojenia po kryzysie. Myślę natomiast o tym wyrażeniu. O tym, że życzymy sobie dojścia do siebie, gdy chodzi nam o ochłonięcie po strachu lub złości. Albo gdy jest dużo smutku, a z jakiegoś powodu wolelibyśmy radość.
Tylko dlaczego możliwe rozumienie tego frazesu zakłada, że będąc w smutku, strachu czy złości nie jesteśmy sobą?
Ja dochodzę do siebie przez czucie.
Jestem przy sobie, gdy czuję złość – zarówno drapiącą irytację, jak i wściekłość, której siłą chcę rozwalać ściany. Jestem przy sobie, gdy wzruszam się lub wylewam ocean łez. Jestem przy sobie gdy paraliżuje mnie strach i gdy pozwalam mu odejść.
Jestem sobą, wtedy kiedy jestem.
Nie muszę trzymać się swojego czy czyjegoś wyobrażenia na swój temat.
Dochodzę do siebie właśnie wtedy – kiedy od siebie odchodzić przestaję.
Po prostu jestem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz