Tam gdzie cień – jest i światło.
A gdzie światło – tam i cień.
Można doświadczać zmian, jako dobrych, a jednocześnie odczuwać nieprzyjemności. Zmęczenie, znużenie, pomieszanie. Widzieć kolory, słyszeć miłe słowa, czuć radość. A jednocześnie uginać się przy ciężkości o nieznanym źródle.
Często spotykam się z narracją o tym, że dążymy do przyjemności, komfortu i bezpieczeństwa.
Tymczasem odkrywam, że gdy pojawia się bezpieczna przestrzeń – to wychodzą wewnętrzne demony. Gdy odpoczywamy w komforcie – w myślach nawija nam wewnętrzny krytyk. Czy doświadczamy przyjemności – dziurę w brzuchu drąży poczucie winy.
Nie zgrywa mi się to ze słowami o dążeniu do spokoju. No chyba, że chodzi w nich o wieczne dążenie, które jest ściganiem końca tęczy. Tylko wtedy zostajemy z poczuciem zagrożenia, walką i wieczną niewygodą.
Wolę widzieć w wyborze światła – otwartość na cień. A w cieniu – sygnał, że gdzieś jest światło.
I odkrywać miejsca we mnie, które proszą o uwagę i opiekę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz