wtorek, 24 marca 2020

Jeszcze mniejsza apokalipsa - wspomnienie po 10 latach

Ten tekst powstał 10 lat temu.
Wiosną 10 lat temu wielu przeżywało trudności. Mierzyło się ze skutkami powodzi, wybuchu wulkanu, katastrofy lotniczej.

Pamiętam, jak odwołali mi zajęcia na studiach, a znajomi musieli zmienić plany, bo odwołali im samolot.

Dziś wracam do tego tekstu. Kiedy uczelnie są pozamykane, a samoloty odwołane.

Dziś, kiedy wielu mierzy się z trzęsieniem ziemi, wojną, szalejącym wirusem.

Kiedy znowu wielu przewiduje koniec świata.

Wracam do tekstu o mikro-końcu świata. A raczej o jeszcze mniejszej apokalipsie.




Koniec świata! Anka zerwała z Jarkiem!” „Nie zdałem egzaminu – przecież to koniec świata!” „X prezydentem! Przecież to będzie koniec świata!” Takie wyrażenia słyszymy często. Uznajemy je za metaforyczne, bo przecież świat jakoś trwa nadal, „ziemia toczy swój garb uroczy” a i inni ludzie jakoś nie zauważają wielkich zmian.
Pozornie.
Myślę – „koniec świata” – czym jest. Czym jest świat i czym mógłby być jego koniec. Świat można pojąć jako coś istniejącego obiektywnie, coś trwałego na co w pewnym stopniu możemy wpływać, ale go nie wytworzyliśmy. Mówimy też o małych światach, o tym, że każdy z nas żyje we własnym świecie. Jakoś to jeszcze można pogodzić – mamy świat istniejący obiektywnie, który każdy pojmuje na swój własny sposób. Nie jest to niczym złym, bo tak już jesteśmy uwarunkowani, tak funkcjonuje nasz aparat poznawczy. Nie chodzi o to, żeby usunąć te odrębne światy bo się tak nie da. Bez sensu byłoby również całkowite zamknięcie się w takiej małej monadzie. Chodzi tylko (a może aż) o to, aby uczynić to wszystko intersubiektywnie komunikowalnym – mój świat się z twoim nie pokrywa, ale mogę ci o nim opowiedzieć i wspólnie dojdziemy do jakiegoś konsensusu.
Po co ja o tym wszystkim piszę? Bo dużo się mówi o końcu tego obiektywnego świata. Jedni mówią o roku 2012, inni „nie znasz dnia ani godziny”, ale w sumie zgadzają się co do tego, że kiedyś się to skończy. A co z tymi małymi światami? Zdaje się, że to do nich odnoszą się wypowiedzi przytoczone na początku artykułu.
Budujemy sobie pewien świat – system przekonań, wartości, celów i środków. Nie jest on cały czas stały – coś do niego dokładamy, coś odejmujemy, ale zwykle niewiele się zmienia. Żyjemy, działamy, myślimy – i w tym swoim świecie i w tym ogólnoludzkim.
Czy on się w takim razie może skończyć? Może. Może się zburzyć system przekonań – jedna rozmowa, jedno wydarzenie zmienia całe postrzeganie świata. To może być śmierć bliskiej osoby, ale też coś mniejszej wagi np. wymiana zdań z przyjaciółką. Można zburzyć obraz siebie wypracowany przez wiele lat pod wpływem psychoterapii. Można zmienić wyobrażenie Boga pod wpływem rekolekcji. Świat się kończy. Świat się burzy. Ale ten koniec nie jest naprawdę końcem.
Taki koniec jest naprawdę początkiem. Początkiem innego pojmowania życia, innych, siebie, Boga. Początkiem – kamieniem węgielnym, na którym trzeba zbudować nowy świat. To się zdarza raz, drugi, trzeci. Takie końce świata pojawiają się przez całe życie – czasem są łagodne, czasem burzliwe, ale zawsze coś kończą. I coś zaczynają. Dziwna to apokalipsa. Ale kto wie jaka tak naprawdę powinna być?
To taka mała apokalipsa. Albo, żeby nie popełnić plagiatu – jeszcze mniejsza apokalipsa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Monolog z książką - „Żyrafa i szakal w nas”

  Opowieść o walczących w nas wilkach jest wielu znana. Niewiele jednak osób zna jej wersję, w której wskazuje się na to, że dobrze nak...