Ten
tekst powstał 10 lat temu.
Wiosną
10 lat temu wielu przeżywało trudności. Mierzyło się ze skutkami
powodzi, wybuchu wulkanu, katastrofy lotniczej.
Pamiętam,
jak odwołali mi zajęcia na studiach, a znajomi musieli zmienić
plany, bo odwołali im samolot.
Dziś
wracam do tego tekstu. Kiedy uczelnie są pozamykane, a samoloty
odwołane.
Dziś,
kiedy wielu mierzy się z trzęsieniem ziemi, wojną, szalejącym
wirusem.
Kiedy
znowu wielu przewiduje koniec świata.
Wracam
do tekstu o mikro-końcu świata. A raczej o jeszcze mniejszej
apokalipsie.
„Koniec
świata! Anka zerwała z Jarkiem!” „Nie zdałem egzaminu –
przecież to koniec świata!” „X prezydentem! Przecież to będzie
koniec świata!” Takie wyrażenia słyszymy często. Uznajemy je za
metaforyczne, bo przecież świat jakoś trwa nadal, „ziemia toczy
swój garb uroczy” a i inni ludzie jakoś nie zauważają wielkich
zmian.
Pozornie.
Myślę
– „koniec świata” – czym jest. Czym jest świat i czym
mógłby być jego koniec. Świat można pojąć jako coś
istniejącego obiektywnie, coś trwałego na co w pewnym stopniu
możemy wpływać, ale go nie wytworzyliśmy. Mówimy też o małych
światach, o tym, że każdy z nas żyje we własnym świecie. Jakoś
to jeszcze można pogodzić – mamy świat istniejący obiektywnie,
który każdy pojmuje na swój własny sposób. Nie jest to niczym
złym, bo tak już jesteśmy uwarunkowani, tak funkcjonuje nasz
aparat poznawczy. Nie chodzi o to, żeby usunąć te odrębne światy
bo się tak nie da. Bez sensu byłoby również całkowite zamknięcie
się w takiej małej monadzie. Chodzi tylko (a może aż) o to, aby
uczynić to wszystko intersubiektywnie komunikowalnym – mój świat
się z twoim nie pokrywa, ale mogę ci o nim opowiedzieć i wspólnie
dojdziemy do jakiegoś konsensusu.
Po
co ja o tym wszystkim piszę? Bo dużo się mówi o końcu tego
obiektywnego świata. Jedni mówią o roku 2012, inni „nie znasz
dnia ani godziny”, ale w sumie zgadzają się co do tego, że
kiedyś się to skończy. A co z tymi małymi światami? Zdaje się,
że to do nich odnoszą się wypowiedzi przytoczone na początku
artykułu.
Budujemy
sobie pewien świat – system przekonań, wartości, celów i
środków. Nie jest on cały czas stały – coś do niego dokładamy,
coś odejmujemy, ale zwykle niewiele się zmienia. Żyjemy, działamy,
myślimy – i w tym swoim świecie i w tym ogólnoludzkim.
Czy
on się w takim razie może skończyć? Może. Może się zburzyć
system przekonań – jedna rozmowa, jedno wydarzenie zmienia całe
postrzeganie świata. To może być śmierć bliskiej osoby, ale też
coś mniejszej wagi np. wymiana zdań z przyjaciółką. Można
zburzyć obraz siebie wypracowany przez wiele lat pod wpływem
psychoterapii. Można zmienić wyobrażenie Boga pod wpływem
rekolekcji. Świat się kończy. Świat się burzy. Ale ten koniec
nie jest naprawdę końcem.
Taki
koniec jest naprawdę początkiem. Początkiem innego pojmowania
życia, innych, siebie, Boga. Początkiem – kamieniem węgielnym,
na którym trzeba zbudować nowy świat. To się zdarza raz, drugi,
trzeci. Takie końce świata pojawiają się przez całe życie –
czasem są łagodne, czasem burzliwe, ale zawsze coś kończą. I coś
zaczynają. Dziwna to apokalipsa. Ale kto wie jaka tak naprawdę
powinna być?
To
taka mała apokalipsa. Albo, żeby nie popełnić plagiatu –
jeszcze mniejsza apokalipsa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz