Zdarza
mi się jeździć w miejsca, w których nie ma internetu. Do sieci
nie jestem podpięta non stop, bo mój telefon pamięta czasy
starszych technologii. Korzystam z dostępu do niej – czasem
więcej, czasem mniej. Jestem do tego przyzwyczajona i z wielu
możliwości się cieszę. Jednocześnie po raz kolejny będąc w
miejscu, w którym internet i telefon komórkowy nie są towarem
pierwszej potrzeby – cieszę się z tego odłączenia.
Bo
tak. W miejscu, w którym piszę ten tekst, zasięgu też nie ma.
Można szukać przy drodze w kilku strategicznych punktach i pewnie
przyjdzie moment, kiedy tak zrobię. Tak jak przyszedł moment, kiedy
na kilka minut złapałam wi-fi w sąsiednim domku. Zajrzałam,
pobyłam chwilę i tyle wystarczyło. Więc można uznać, że zasięg
tu jest. Jakoś z 1%.
Czasem
przechodzi mi przez głowę myśl, że codziennie wpuszczam w siebie
masę śmieci scrollując facebooka. Albo oglądając śmiechowe
filmiki na youtube. I pewnie tak szybko z tego nie zrezygnuję, bo to
przecież nie tylko śmieci.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz