Taniec jest częścią
mnie. Mimo, że przez większość życia był we mnie ukryty –
bardziej był w moim sercu, niż w ciele. No może poza pogo – tego
trochę było :) Rok temu odnalazłam ruch, który uzewnętrznia mój
wewnętrzny taniec i z pogo może rywalizować. Nazywa się West
Coast Swing.
Najpierw o nim
słuchałam. O tym, jaką jest metaforą życia, relacji. Potem
przyszedł czas na filmiki i to uczucie, że tego od lat szukałam.
Potem decyzja i kolejne lekcje. Otwierania się na nowe, pozwolenia
sobie na nowy sposób czucia i ruchu, puszczania kontroli i oduczania
się prowadzenia i tańczenia ‘na pamięć’. Bo w weście nie
chodzi o wyuczoną choreografię, perfekcję, czy wymuszanie. West
jest dla mnie sposobem komunikacji, wyrazem radości, spontanicznym
spotkaniem i improwizacją. Są pewne stałe kroki, pewne patterny.
Ale one pomagają w tej komunikacji, a nie ją usztywniają. Jest
tak, jak w dobrej rozmowie, gdzie ludzie się słuchają, żeby
usłyszeć, a nie po to by się pouczać. Jak w spotkaniu otwartym na
poznanie drugiej osoby, a nie na wrzucanie jej w jakiś schemat. Jak
wtedy, gdy widzisz, czujesz i jesteś uważny na to, co się dzieje.
Słuchając teraz
muzyki, zastanawiam się, jakby się do niej tańczyło westa.
Opowiadam o nim i zarażam kolejne osoby. Staram się rozwijać
tanecznie, ale nie po to, by było idealnie, tylko po to, by było
jeszcze swobodniej i radośniej. Nie chcę w nim mistrzostwa. Chcę
tańca dla samego tańca.
Pogo znalazło
rywala w moim sercu. Ale myślę, że się dogadają i nie będą
między sobą konkurować, ale raczej współpracować i dawać sobie
wolność. Jak partnerzy w weście.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz