Kilkanaście kobiet,
instrumenty muzyczne i brak internetu. Początek horroru? Nie – to
był początek ważnych doświadczeń i wewnętrznej przemiany. Wiele
z nas po raz pierwszy miało jakikolwiek instrument w dłoniach,
czasem potrzebowałyśmy zatyczek do uszu, czy zadbania o bolące
opuszki palców. Dźwięki perkusji, twarde struny i odkrywanie
swojego głosu były przez kilka dni naszą codziennością.
Uczyłyśmy się i tworzyłyśmy coś nowego jednocześnie.
Najważniejsze w tym wszystkim było to, że robiłyśmy to razem.
Kiedyś marzyłam o
grze na gitarze elektrycznej, o graniu w zespole rockowym. Chciałam
zacząć od klasycznej i potem przerzucić się na elektryka. Zamiast
tego po trzech latach porzuciłam lekcje gitary klasycznej. Nauka
była wtedy dla mnie ważniejsza. Czasem sobie potem plumkałam,
ostatecznie gitara została przeze mnie porzucona. Za elektryka w
ogóle się nie wzięłam. Bo jak to tak – miałabym zaczynać grę
na instrumencie jako dorosła kobieta? Przecież to instrument dla
nastolatek, a ten czas już minął. Trzeba się z tym pogodzić i
iść dalej w życie.
Jednak pragnienie
dalej we mnie było. Nie walczyło o zauważenie, godziło się na
wewnętrzne więzienie dla niespełnionych marzeń.
Trzy lata temu
usłyszałam o Lucciola Ladies Rock Camp. Pomyślałam, że to super
inicjatywa.
W tym roku
postanowiłam tam pojechać. Żeby spełnić marzenie nastoletniej
mnie. Sądziłam, że na tym się skończy, że wrócę z nowym
doświadczeniem i niczym więcej.
Wróciłam z chęcią
grania. Takiego w grupie,w zespole. Tworzenia, wyrażania siebie
przez muzykę i pokazywania tego światu. Scena okazała się mniej
straszna niż sądziłam, a doświadczenie współpracy i akceptacji
już zaszczepiło się we mnie. Mam nadzieję, że na dłużej.
Gra daje mi radość,
słyszałam, że dobrze mi wychodzi i podoba się innym. Chyba innej
motywacji do gry mi nie trzeba.
Wiele obecnych tam
kobiet mówiło, że ten tydzień był dla nich jak terapia. Dla mnie
również.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz