Otwierałam tę książkę i zamykałam.
Kilka kolejnych stron i brałam inną.
Ale czekała. I na półce i w myślach gdzieś za lewym uchem.
Bywała intensywna, bywała też łagodna. Temat nie rozpieszczał.
Jednocześnie pozwalał na otworzenie obaw, a sposób pisania Yaloma pomagał zobaczyć i usłyszeć bez odlatywania albo przygniatania.
Myślę, że to dobra lektura na listopad. Na czas opadania liści. Na przypomnienie sobie o tym co było, docenienie tego co jest, akceptację niepewności tego, co będzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz