To był dla mnie rok nietypowy i typowy zarazem. Nietypowy, bo żaden inny taki nie był. Typowy – bo żaden dla mnie nie jest taki jak poprzedni czy kolejny.
W każdym coś mnie zaskakuje.
W każdym podejmuję ważne decyzje.
W każdym zyskuję i tracę ważne dla mnie osoby.
Wiem, że nie rozczarowałam się nim głównie dlatego, że… nie zaczarowałam go.
Miałam cele i plany.
Nie miałam magicznego zaklęcia, które sprawiało, że się do nich przykleiłam i odbiłam je w świecie.
Miałam dużo złości i lęków.
Wczułam się w nie i wysłuchałam siebie w każdej emocji i w każdym wyobrażeniu.
Miałam małe próby zaczarowania i rozczarowania światem i sobą.
Ale eliksiru spełniającego moje wizje nie wynalazłam.
Za to wiele razy doświadczałam tego, jak bardzo moje tegoroczne przeżycia zakorzenione są w mojej przeszłości. Cieszyłam się, że załatałam dziury w wewnętrznym dachu póki byłam w dobrym stanie – gdyby nie to, wiele tegorocznych burz zalałoby mnie od środka. Odkryłam też zejścia do własnych podziemi – zasłonięte niegdyś wycieraczką lub skute lodem. Za wiele mam w sobie ciekawości by je zostawić, choć wchodzenie w nie kończy się często pokryciem błotem i szlamem. To one pokrywają to, co oczyszczone okazuje się tym, co najpiękniejsze we mnie.
Nie czaruję nowego roku.
Wchodzę w wewnętrzne głębiny i ceruję dach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz