Dwa lata temu pełna radości spacerowałam po sycylijskim miasteczku. Mój wzrok i emocje skupiły się w jednym momencie na ukrytej pod bluszczem latarni. Tak mnie urzekła, że stała się bohaterką tekstu:
Można
jej nie zauważyć. Słup dawno zniknął pod bluszczem, szkło
wypadło pewnie pod naporem pnączy, które zawłaszczyły szarą
żarówkę. Może podobało im się, ja świeciła i chciały być
blisko? A może była zbyt jasna i dlatego chciały jej pilnować?
Możliwe, że chciały ją objąć opieką – dlatego tak opatuliły.
Latarnia
już nie wyrasta z poziomu, na którym mech walczy o przestrzeń z
kamieniami. Wtopiła się w mur liści i ustawiła pod parasolem
rozłożystego drzewa. Nie dociera do niej ciepłe słońce, ale i
tak jest szczęśliwa. Po prostu oddycha innym powietrzem niż jej
czyste koleżanki w mieście. Ma też szansę wsłuchiwać się w
serenady i wielogłosowe koncerty ptaków, które znała wcześniej tylko ze
słyszenia.
W
takich momentach przypatruje się zwykle pracy mrówek, które
cierpliwie pokonują przeszkody z liści, ludzi i resztek innych
stworzeń. Co jakiś czas przywita się z bąkiem lub pszczołą. Nie
rozróżnia ich, ale bardzo lubi.
Latarnia
już nie świeci, nie służy ludziom, ale oddycha i doświadcza.
Tworzy więzi. Wreszcie żyje.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz