Lektura
książki „Mężczyźni objaśniają mi świat” wiele mi
pokazała. Zdałam sobie sprawę jak często i na jaką skalę
spotykałam się z zachowaniami mężczyzn, które można streścić
stwierdzeniem „jestem mężczyzną więc wiem lepiej o wszystkim”.
Czasem widziałam to i bardzo mnie to irytowało. Być może dlatego,
że od dziecka słyszałam o tym, żeby nie ulegać takiemu myśleniu.
Choć, jak zobaczyłam, czasem takie gadanie bywa ukryte i wtedy nie
zawsze je zauważałam.
Teraz
dostrzegam je dużo łatwiej i szybciej. I dużo adekwatniej reaguję.
Tak mi się przynajmniej wydaje.
Urzekło
mnie też, że autorka nie tworzyła sztucznych podziałów i
uogólnień w stylu „wszyscy mężczyźni tak robią”. I
podkreślała, że często spotyka takich, którzy dalecy są od
postawy wujaszka powtarzającego „co ty dziecko wiesz o życiu?”
Tym jeszcze bardziej do mnie trafiła.
To,
co ze mnie wylało się, gdy pisałam ten tekst, było kontynuacją mówienia o
mansplainingu. Tym, co we mnie zarezonowało, przetrawiło się i
dźwięczyło mi w głowie dalej. Mam trochę obaw wrzucając ten tekst,
bo wiem, że może oburzyć. Trudno. Może taki coming out też jest
ważny.
Mam
uczulenie na womansplaining.
Mam
uczulenie na objaśnianie mi świata przez kobiety, które wchodzą w
rolę takich wujaszków powtarzających, że nic nie wiem o życiu i
one mi wytłumaczą. Na rady i złote recepty w stylu „mnie
pomogło, więc i tobie pomoże” bez zważania na to, że zarówno
sytuacja jak i sposób doświadczenia są inne. Na zalewanie mnie
pouczeniami, które w gruncie rzeczy są ucieczką od własnych
emocji i problemów.
Raz
nawet takie uczulenie objawiło mi się alergicznym katarem. Po dwóch
dniach, gdy męczyłam się z cieknącą wodą z nosa, wróciłam do
momentu, gdy katar się zaczął. A zaczął się właśnie wtedy,
gdy w ważnej rozmowie spotkałam się z barierą. Z barierą złożoną
z porad, pouczeń i objaśnień świata, które miały według tej osoby mi pomóc. A jedyne, co stworzyły, to mur między nami. Gdy uświadomiłam sobie
ten moment, przyjęłam towarzyszące mu myśli i emocje… katar minął. Nie sądziłam, że takie coś jest
możliwe, ale jak widać – tym razem było.
Bo
to uczulenie jest jedno i nie jest reakcją na płeć.
Tylko
na pouczające objaśnianie świata.

Powiem szczerze, że z terminem mansplaining spotkałam się po raz pierwszy! Dzięki za kolejny ciekawy wpis. Myślę, że nie ma znaczenia płeć, tylko właśnie podejście do drugiego człowieka.
OdpowiedzUsuńMiałam na studiach koleżankę, która w taki sposób traktowała innych. Po pierwszych zajęciach z psychologi, gdy mieliśmy ustalić w kilka osób jak skserować książkę dla całej grupy, przyszła B. i głośno ogłosiła "Wy to wszysto robicie nie tak!" i wyjaśniła nam, jaka jest jej wizja. Od tamtej pory wolałam się od niej trzymać z daleka.
Przy okazji, sama przyznaję, że zdarza mi się taki "patronising attitude" w stosunku do innych. Ale jak to śpiewał Kaczmarski: "(...) chroń mnie, Panie, od pogardy
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże"
"patronising attitude' to ekstra określenie! myślę tylko, jak byłoby to po polsku... masz możesz pomysł?
Usuńteż mi się to niestety zdarza, na szczęście coraz rzadziej ;)
a książkę "Mężczyźni objaśniają mi świat" bardzo polecam!
Po polsku patronising to protekcjonalny, ale wydaje mi się, że angielskie słówko ma w sobie coś więcej niż polskie ;)
UsuńDzięki! BTW polecam Szustakowy Bookszpan - fajne książkowe inspiracje.
też mam poczucie, że w angielskim słówku jest więcej czegoś... no właśnie tego czegoś ;)
Usuńdzięki za polecenie :)