Czasem słyszę, że podobno
lepiej rosnę, jak się do mnie mówi. Już przestałam nawet
poruszać wtedy liśćmi, tego typu drgania powietrza po prostu przez
nie przeciekają. Przecież słyszę tak, czy siak. A to, że komuś
wydaje się, że mówi do mnie, to niczego u mnie nie zmienia. Rosnę.
Trochę potrzeba mi wody, trochę światła, od czasu do czasu czuję
się lepiej, jak zmienią mi ziemię i doniczkę, bo przestaje mi być
ciasno. Ale poza tym? Chyba tylko cierpliwość mi pozostaje.
Jej chyba brakuje ludziom,
ktorzy wokół mnie rozmawiają. Co chwilę mówią o nowym pomyśle
na radykalną zmianę w życiu. Po trzech dniach, a czasem trzech
minutach wspominają o nowym. Spinają się, a potem śpią całymi
dniami. Skąd wiem? Przecież na powietrzu się znam całkiem nieźle
– potrafię rozpoznać jego skład. Jak chcieli ze mną rozmawiać,
to też był jakiś zryw. Opowiedzieli mi, jaka to niby jestem
piękna. Przez dwa dni. Potem przerzucili się na mówienie do
kanapek, bo usłyszeli, że wtedy się lepiej trawią. Nie lubię
tych ich zrywów. Ale może dlatego, że dla mnie zryw oznaczałby
koniec – kilka dni w wazonie i tyle. Wolę chyba cierpliwość w
doniczce.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz